My mind rebels at stagnation
Joanna odetchnęła ukradkowo z ulgą, kiedy piskliwe dźwięki skrzypiec dochodzące z piętra umilkły. Kolędy bożonarodzeniowe w rodzinnym gronie - tak, ale nagły powrót zainteresowania instrumentem w godzinach późnowieczornych nie spotykał się z jej entuzjazmem. Podniosła ze stołu tacę, na której spoczywał talerz z obiadem, dwa banany, szklanka wody mineralnej i tubka pastylek wspomagających koncentrację i ruszyła ostrożnie po schodach. Po dotarciu na piętro zatrzymała się przy drugich drzwiach na lewo i przyłożyła ucho do gładkiego drewna. Dwie minuty głębokiej ciszy póżniej, zapukała delikatnie.
-Natalia?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, przełożyła tacę do lewej dłoni, a prawą nacisnęła na klamkę. Wsunęła głowę do jasno oświetlonego pokoju.
Powietrze w pokoju było zatęchłe, a podłogę zaścielały papiery. Stosy wydruków uniemozliwiały swobodne przejście przez pomieszczenie i nawet łożko pokryte było warstwą pokreślonych kolorowymi flamastrami notatek. Joanna westchnęła głęboko, podeszła do biurka i postawiła tacę na najmniej chwiejnym stosie zeszytów na biurku, po czym zbliżyła się do okna i uchyliła je. Następnie odwróciła się i zmierzyła spojrzeniem kanapę na której leżała ludzka postać spowita w żółty szlafrok frotte.
-Natalia, zjedz coś.
Notatki z jednego końca kanapy poruszyły się, odsłaniając nieco wychudłą twarz młodej kobiety. Otaczała ją plątanina brązowoburych włosów, a w podkrążonych oczach wpatrzonych w sufit płonęło szaleństwo.
-Przyniosłam ci też banany, dobrze robią na myślenie.
Jedyną odpowiedzią ze strony dziewczyny na kanapie było zaciśnięcie ust.
-Może jednak pójdziesz dzisiaj wcześniej spać.
Dziewczyna zerwała się z kanapy. Dramatycznym gestem rzuciła plik papierów na pobliski stolik.
-Pani Hudson! Nie mam czasu na sen. Uczę się. - Trzema długimi krokami przmierzyła pokój, pozwalając aby poły szlafroka powiewały za nią dramatycznie. Obrzuciła tacę wraz z zawartością nieskończenie pogardliwym spojrzeniem. Jedna brew wystrzeliła do góry. Przez chwilę kontemplowała talerz w ciszy. - Ha! Banany. Wiedziałam, że to będą banany. To zawsze są banany. - Wymruczała w końcu do siebie, a na jej ustach błąkał się krzywy uśmieszek.
Ciszę przerwał dzwonek telefonu. Oczy dziewczyny zwęziły się niebezpiecznie, po czym wyłowiła telefon z kieszeni szlafroka i spojrzała na niego podejrzliwie. Westchnęła. Odrzuciła telefon i wyłowiła następny z drugiej kieszeni.
-Halo? - Joanna obserwowała jak dziewczyna zacisnęła szczęki i zaczęła cedzić przez zęby. - Tak. Nie. John, czy naprawdę musisz teraz? Po prostu wykaż się odrobiną zdrowego rozsądku, pozbądź się ich wszystkich i uczyń łatwiejszą zarówno swoją, jak i moją egzystencję. Natychmiast. Pa. - Wcisnęła komórkę z powrotem do kieszeni. Spośród kartek leżących na biurku wyłowiła ogryzek ołówka i przygryzła go, po czym chwyciła tubkę z pastylkami, wyciągnęła jedną i z krzywym uśmiechem wrzuciła ją do szklanki z wodą.
Joanna z pełną grozy fascynacją patrzyła na swoją córkę obserwującą pastylkę rozpuszczającą się w płynie z cichym sykiem. W końcu pokiwała głową i skierowała się w stronę wyjścia.
-Zjedz coś, żabko. Musisz jeść.
Dziewczyna nie dała po sobie znać, że cokolwiek usłyszała. Kiedy tylko rozległo się ciche kliknięcie zamykanych drzwi, jednym płynnym ruchem chwyciła z tacy banana i wycelowała go w przeciwległą ścianę.
-Watson, fetch me my revolver! - Wydeklamowała i udała, że strzela. Zdmuchnęła niewidzialny dym z banana, upiła łyk nadal syczącego płynu i celując ponownie w ścianę zaczęła recytować. - The Wars of the Roses between the families of Lancastrians and Yorkists began in...

czyli

nie studiujcie. A już na pewno nie podwójnie. A jeśli już studiujecie podwójnie, to nie pracujcie. Sesje bolą w mózg, który zaczyna chwytać się, czego tylko się da. Also, BBC Sherlock, polecam.


Tagi: chwilowa niepoczytalność, zgrzytanie zębami, jak nie studiować, fetch me my revolver
djkopyta 2012-01-26 17:47:55 skomentuj (3)
Baba
Nie znoszę być ciężarem. Melodramatyczny wstęp, wiem, ale naprawdę, naprawdę nie znoszę być dla kogoś ciężarem. Udręką. Kłopotem. Zawadzać. Przeszkadzać. I tym podobne. Nie cierpię, kiedy sama nie wiem o co mi chodzi, a także kiedy mam pretensje bez powodu, ale nie potrafię przestać ich mieć. Przeraża mnie, kiedy poddaję się emocjom i kiedy kieruje mną coś, czego nie umiem logicznie wytłumaczyć i uzasadnić.
Podsumowując, jak to zazwyczaj powtarzam, o czym mogą zaświadczyć ci, którzy mnie znają - nienawidzę zachowywać się jak baba.
To bardzo wygodne określenie. "Zachowywać się jak baba". Być może używając go zachowuję się tak naprawdę jak męska, szowinistyczna świnia. Być może podświadomie, jak to ujęła panna Bingley, należę do tych kobiet, które deprecjonując własną płeć, szukają tym samym uznania w oczach tej drugiej. Być może, ale nie umiem znaleźć synonimu, który swoim znaczeniem pokrywałby cały ten wachlarz zachowań, którym tak głęboko w gruncie rzeczy pogardzam.
Rzecz w tym, że bardzo chciałabym być kobieca. Bycie kobietą jest pięknym przedsięwzięciem, wymagającym dużej inteligencji, dobrego smaku i mądrości, podczas gdy do zachowywania się jak baba nie potrzeba żadnych kwalifikacji. Najbardziej owłosiony z mężczyzn potrafi zachowywać się jak baba.
Osobiście ostatnio zachowuję się jak baba niemalże permanentnie. Puszczają mi nerwy, jestem jak wielki kocioł nabuzowany parą, który pęka w szwach.
Mój tata:
-Co ty ostatnio taka wiecznie wkurzona chodzisz, spokojnie! W ten sposób nie dobrniesz do końca tego stycznia, bo wcześniej sfiksujesz!
Ja:
-No wiem, wiem.
Ja w myślach:
-Dobrze, że ty ani nikt inny, tato, nie słyszy jak klnę na czym świat stoi i wyzywam od, hmm, ludzi, którzy idą przede mną powoli po schodach albo blokują mi wyjście z autobusu.
Zatem nie tylko zachowuję się jak baba, ale także jak wulgarny babsztyl.
Jak tego unikać? Cóż, w moim przypadku odpowiedź jest podobna do tej, której musiałabym udzielić na pytanie "jak nie studiować":
Nie idź na trudny, frustrujący, czaso i pracochłonny kierunek.
Nie zaczynaj równolegle drugiego czaso i pracochłonnego kierunku.
Do tego wszystkiego nie pracuj za marne pieniądze dla idei.
Nie doprowadzaj swojej Mniej Psychopatycznej Połówki do szału, bo ona jest tu po to, aby ci pomóc, podczas gdy Ty sama prosisz się o to, żeby ktoś dał Ci porządnego klapsa i wysłał do Twojego pokoju bez kolacji.
Na litość boską, jeśli już nie udało Ci się spełnić żadngo z powyższych punktów, to chociaż zorganizuj sobie lepiej czas tak, żeby spać więej niż dwie godziny na dobę.
Marzę o chwili, w której usiądę w Pochwale/Motylu/Oparach/gdziekolwiek, wypiję pierwszy łyk i będę mogła z bezpiecznym dystansem przytaknąć "tak, Nina, laski SĄ pojebane".
P.S. Zapomniałabym się pochwalić - moje grafomaństwa w liczbie dwóch wchodzą w skład antologii, która z kolei została wydana w liczbie dwustu. Co każe mi się zastanowić dlaczego właściwie na początku tego post scriptum użyłam akurat czasownika sugerującego osiągnięcie godne dumy.


Tagi: ils kills, jak nie studiować, fatal error
djkopyta 2012-01-13 02:16:14 skomentuj (6)
Better run, better run, outrun my gun
B. ostatnio spytała mnie, czy blog jest kaput.
Jak widać, jeszcze dycha, a ja razem z nim.
Smutno mi dziś. Tylko tyle chciałam napisać. Nie bardzo stać mnie na coś lepszego. Coś dławi mnie w gardle, złapało i nie chce puścić. Jak zwykle w takich chwilach mam tylko ochotę zapalić papierosa i obserwować jak dym ulatuje w zimne niebo, może jeszcze gwizdać z najnowszym zwycięzcą plebiscytu na Smutną Piosenkę Miesiąca. Ale nie, również jak zwykle muszę robić coś idiotycznie przyziemnego, jak przygotowanie tekstu o różnicach gramatycznych we współczesnych dialektach języka angielskiego. Najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że dokładnie to zrobię. Nie będzie żadnego dramatu, bo nie tak zostałam zaprojektowana. Więc zamiast schować się pod kołdrą i patrzeć jak połyskuje w ciemności podświetlona lampką mała szklana kula na moim parapecie, założę praktyczny szlafrok frotté i przygotuję się do zajęć z socjolingwistyki. Czy ktoś to jeszcze w ogóle robi? Czy ktokolwiek z nas umie jeszcze załamać ręce, szczerze omdlewać, szlochać i zanurzać się w swoich nastrojach ignorując całkowicie wymagania życia codziennego? 
Jak sobie radzili z podobnymi problemami ci wszyscy romantycy, ja nie mam pojęcia.



djkopyta 2011-11-14 21:34:04 skomentuj (10)
When it started we were alright
-Nat.
-...
Odgłos buta zderzającego się z ciałem (wysoce specyficzny).
-Jezusmariaburzum, to znowu ty. Dlaczego to zawsze jesteś ty? Wczoraj nie dałaś mi spać, dzisiaj kopiesz mnie po nerkach. Kim ty w ogóle jesteś?
-Tym, czym chcesz. Napiszesz coś w końcu? Wyjdziesz na tę cholerną scenę?
Scena z kartonu zostaje odłożona na półkę. Niech swobodnie opada na nią kurz, może jeszcze kiedyś się przyda. Ale nie dziś.
Po raz pierwszy odkąd pamiętam siadam do klawiatury tuż przed moimi urodzinami i nie wiem co napisać. Na ogół notka istnieje w mojej głowie już od paru tygodni. Pojawia się i znika. Dojrzewa. Obracam ją i obwąchuję ze wszystkich stron.
Tym razem nic.
Zastanawiam się nad tym, czy mam właściwie siłę dociekać dlaczego. Czy właściwie jest po co.
Ten dzień minął mi w oparach zrozumiałego zmęczenia, ale był dniem bardzo udanym. Spędziłyśmy miłe pół godziny z eM. ubolewając nad tym, że rosną nam siwe włosy i czujemy się staro. Potem jeszcze milsze popołudnie z Mniej Psychopatyczną Połówką. W pracy nauczyłam się strzelać kapslami od szklanych butelek po coli - to chyba całkiem niezły zamiennik nagich, paryskich, szampańskich sprintów. Dostałam prezent, który wolno mi otworzyć dopiero jutro, więc mam gwarancję miłego poranka, który dopiero mnie czeka (co najmniej połowa zabawy, prawda?). Wrzesień podarował mi swój ostatni piękny, ciepły wieczór, a blog.pl postanowił polecić moją notkę (siedem i pół roku blogowania i nadal nie opanowałam żadnych funkcji bardziej skomplikowanych od "Dodaj notkę" - zatem czy ktoś wie co się tutaj dzieje? Któregoś dnia spłonę w piekle za moją niechęć do głębszego angażowania się w takie projekty).
Kończę dwadzieścia lat. To trochę smutne, trochę kwaśne, w sumie słodko-gorzkie, ale jakieś zalety też by się pewnie znalazły. Jak można łatwo zaobserwować, stosunek dość ambiwalentny, najgorszy kryzys minął.
Ciekawe kiedy to wsiąknie. Kiedy na pytanie "ile masz lat?", zacznę odpowiadać "dwadzieścia", o ile to cokolwiek znaczy.
Myślę... mam nadzieję, że któregś dnia dotrze do mnie i wszystkich wokół, że mimo wszystko jestem optymistką, że jestem dużo szczęśliwsza, niż na to wyglądam, że jestem dużo bardziej wolna, niż sobie na to pozwalam. I że wielkie zmiany wcale nie muszą się odbywać w ciagu jednego dnia... prawda, Marianne? Prawda, Nat Sprzed Roku?


W letnich wieczorach najbardziej lubię to, że są głośne i ciche jednocześnie, że mogę wybiegać wtedy myślą w otwarte niebo wypełnione cykadami. To chyba całkiem nieźle urodzić się właśnie wtedy, na przełomie, podczas ostatnich jasnych upałów podszytych konsekwencjami bliskiej jesieni. Może właśnie tym jestem. A może po prostu za dużo myślę. Jedno czy drugie, a może żadne z nich, skoro przeżyłam dotychczas, powinnam dać sobie radę.


Tagi: urodziny, karaluch, marianne
djkopyta 2011-09-06 00:52:41 skomentuj (3)
Live fast, die young, and have a beautiful corpse
Nieprzyjemnie spocone ręce, ucisk w żołądku, napięta skóra na twarzy. Strzykanie stawami wykręcanych palców, obojczykami, kostkami u nóg. Łapię się na tym, że krążę w kółko po pokoju, ewentualnie przewracam się po łóżku z boku na bok o czwartej nad ranem, dokładnie tak jak teraz i już wiem, że niedługo moje urodziny.
Zapewne cytowanie samej siebie zakrawa na skrajny egocentryzm, ale napisałam kiedyś, że mój główny problem z urodzinami polega na tym, że zbyt wiele się po nich spodziewam. To prawda. Za każdym razem, co rok, mam nadzieję, że bliżej nieokreślone Coś się wydarzy, że nastąpi przełom, cały świat wstrzyma na chwilę oddech i pozna się na moim geniuszu, albo przynajmniej, że ja sama odrodzę się jako pewna siebie, udana, lepsza wersja mnie, która radzi sobie z życiem, nie przejmuje się bzdurami, pełna determinacji dąży do celu i zawsze pojawia się na czas. A z nieba będzie leciał deszcz babeczek z kremem cytrynowym.
Z drugiej strony, czy ja naprawdę mam nadzieję? Odmiana o której piszę jest niekoniecznie jednoznacznie pozytywna, jest bardziej czymś co przeczuwam, czego się spodziewam, co powinno się wydarzyć... a co dziwnym trafem nigdy nie ma miejsca.
Może więc problemem nie jest to, że zbyt wiele się spodziewam, ale raczej to, że nigdy nie potrafię uczcić moich urodzin wystarczająco dosadnie. Mam obsesję na punkcie rocznic i dat, która kompletnie nie współgra z resztą mojego charakteru, ale jakoś nigdy nie udaje mi się wykorzystać okazji do celebrowania do końca, nic, co robię - notki wstawiane o godzinie, w której się urodziłam, torty, życzenia, wpisy w Dzienniku otoczone szlaczkiem z czerwonego flamastra, mentalne i rzeczywiste powroty do korzeni - nie potrafią postawić na dacie szóstego września wystarczająco wyraźnej czarnej kropki, która w pełni oddawałaby wyjątkowość tego jednego, jedynego dnia w roku, w całym moim życiu - bo przecież tylko raz obchodzę dziesiąte urodziny, piętnaste, osiemnaste, dwudzieste... Nic nie jest w stanie oddać mojego nabożnego lęku przed faktem, że to już minęło, liczba x ostatnich lat już nigdy nie wróci, a ja jestem ten jeden kroczek bliżej Wielkiego Nieznanego, którego nigdy, przenigdy nie będę w stanie uniknąć.
I jest to straszne, och, tak straszne. 
Piszę te słowa o czwartej-już-teraz-dwanaście nad ranem w ostatniej dobie moich nastu lat i choć napiszę zaraz: "jeszcze nigdy nie czułam się tak staro", to tak naprawdę kłamię. Przecież wiem, że czułam się tak staro, pamiętam to. Rok temu. I dwa lata temu. I trzy lata temu. I cztery...
Ostatnich dwadzieścia godzin jako nastolatka. Powinnam chyba biegać nago spita szampanem po ulicach Paryża.
Nerwowe podrygiwanie nogi, wszystko co zjadłam w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin tkwi w moim gardle, nerwowo obcieram nos. Mam wrażenie jakbym z bardzo dużą prędkością wznosiła się do góry - spadała w dół? - to nie jest przyjemne, lampka uśpionego laptopa miga w moim ciemnym pokoju odmierzając sekundy, więc siadam do komputera i po raz pierwszy od wielu miesięcy staram się przelać niepokój na papier, myję ręce chłodną wodą, a czas wydaje się nieubłaganie kurczyć.


Tagi: urodziny, sierpień
djkopyta 2011-09-05 04:24:03 skomentuj (4)
Yeah, the real thing
Freud by się uśmiał, ale dokładnie czterdzieści pięć minut temu, patrząc na słonecznik i dwa banany straciłam wiarę w ludzki rozum. Sprośne żarty na bok. Naprawdę. Ja, Natalia Katastrofa, uznałam, że być może czas się poddać i zaakceptować to co cały świat próbuje dać mi już od dawna do zrozumienia - wszyscy jesteśmy obłąkani. Racjonalizm istnieje tylko poza nami, a logiczne myślenie sprawdza się wyłącznie na papierze. Nasze umysły można by równie dobrze wydłubać słomkami do napojów i wyrzucić przez okno.
Przyjrzyjmy się faktom: mam fantastyczną pracę i cudowną połówkę przy boku, zamożnych rodziców, jestem zdrowa i studiuję bezpłatnie na Uniwersytecie Warszawskim bodajże jedyny kierunek humanistyczny, który ma szanse dać mi jako tako płatną pracę w przyszłości. A mimo to jestem wiecznie niezadowolona z życia. Kwestia mentalności? Narodowości? Wychowania? Pogody? Może wszystkiego po trochu, dość, że często mam to poczucie porażki w jakiejś kwestii, które jest trochę jak ugryzienie komara na łydce - drapiesz się i drapiesz, a bąbel robi się tylko coraz większy, ale z drugiej strony nie możesz przestać podrażniać skóry... bo przecież swędzi jak cholera.
A dziś wstałam, w 366. dniu mojego związku, wykonałam cztery telefony w czasie których słońce zdążyło wyjrzeć zza chmur, wsiadłam na rower i pojechałam odebrać list polecony, po raz pierwszy w te wakacje czując, że mam w miarę wolny dzień i po raz pierwszy wystawiając na słońce moje blade nogi. Wystałam godzinę w kolejce obserwując krwiobieg marmuru pod moim stopami - nic. Przejeżdżający samochód ochlapał mnie błotem - nic. Łącznie w drodze musiałam zsiadać z roweru osiem razy i prowadzić go naokoło wózków z rozwrzesczanymi w parności popołudnia bobasami - nie wiedzieć czemu zachowałam olimpijski spokój. A potem po drodze stanęłam przy stoisku z warzywami. Po dłuższym namyśle przerywanym dwukrotnym "dziękuję, jeszcze chwileczkę" w kierunku natarczywej pani sprzedawczyni w ohydnych białych klapkach, z pewną trudną do wyjaśnienia godnością dokonałam zakupu starannie wyselekcjonowanego słonecznika i dwóch bananów. I kiedy pakowałam je do koszyka na bagażniku roweru, poczułam przypływ zupełnie irracjonalnej dumy płynącej z prostego faktu, że udaje mi się z własnej woli i samodzielnie dokonać kilkunastu prostych czynności, które sobie zaplanowałam. Kupiłam słonecznik, bo miałam na niego ochotę. Miałam na niego ochotę, więc poszłam i go kupiłam. Czy to nie cudowne? Byłam gotowa piać z zachwytu nad poczuciem spełnienia, które dała mi ta prosta czynność. To nie tyle szczęście, ile raczej zadowolenie, pełne sytości i pewności siebie.
Do czego zmierzam? Do tego, że to kompletnie absurdalne. Dlaczego teraz? Dlaczego tam? Teraz pójdę do ogródka, rozłożę koc w kratę na trawniku i skubiąc słonecznik będę czytać Lovecrafta, zmieniając pozycję co siedem-osiem minut. I myślę, że te czynności też będą stanowić dla mnie źródło dumy i samorealizacji. Dlaczego nie jestem w tak dobrym humorze zawsze w te dni, które są podobne, identyczne, a nawet lepsze od tego?
To szaleństwo. Szaleństwo w pigułce. Żadna z czynności, które wykonujemy, żadna z myśli, które przepływają przez nasze głowy, nie musi nieść ze sobą logicznej przesłanki, nie musi być uruchomieniem koła zamachowego jakiegoś logicznego procesu. Może. Lecz nie musi. Jesteśmy z całą pewnością najbardziej zaskakującymi istotami, jakie widział ten świat. Czy to nie jest niesamowite? Niepozornie wszyscy jesteśmy obłąkani. Moi drodzy, tańczmy w deszczu na ulicach! Nago lub w ubraniu! Skoro już nasze głowy są w stanie to wymyślić, to dlaczego nie? Dlaczego akurat ta idea miałaby być szalona, skoro powstaje dokładnie w tym samym miejscu, co wszystkie inne?
Sorry Immanuel, but I Kant.


Tagi: wielkie teorie
djkopyta 2011-07-26 16:28:30 skomentuj (16)
Nie nie nie nie
Terapeutyczne właściwości gorącego prysznica po raz kolejny zostały udowodnione organoleptycznie. Nie dam się zmiażdżyć moim pieprzonym studiom, za ciężko pracowałam, żeby się na nie dostać, żeby mi teraz podskakiwały, małe gnojki.
That which does not kill me had better run pretty damn fast.
Zresztą, jakkolwiek potwornie to nie zabrzmi, mogłabym być P. To pomaga od razu odnaleźć odpowiednią perspektywę.


djkopyta 2011-06-06 21:56:37 skomentuj (4)

Info

Ałtorka.
Wiek w latach: 19. "No, Kucek, teraz to już tylko dziwki, alko i koks".
Wiek w cynizmie, stetryczałości, zgryźliwości i sarkazmie: ok. 183.


Archiwum

2012
styczeń
2011
listopad
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec



Tagi
autobus batman bunt chwilowa niepoczytalność fatal error fetch me my revolver head trips ils kills iron virgin jak nie studiować karaluch knucie lejter marianne matura miłość noce i dnie numb och walt ogół reaktywacja sierpień szczęście teatrzyk strefa mroku tori amos uczta-dialogi imprezowe urodziny wielkie teorie zgrzytanie zębami śpiewaj



Liczniki


Linki

Seryjnie
Pushing Daisies Life. Death. And life again. Najsłodszy serial świata.
Skins "Fock yt." Team Chris!

Komiksy/Fanfiction
Scientia Occulta Przeczytajcie i zacznijcie oddawać cześć Clayowi i kresce razem ze mną
Hanna Is Not A Boy's Name To jest... to jest... tak OSOM!, że nie potrafię tego wyrazić słowami
Romantically Apocalyptic He is the captain.
Kukuburi Miłość od pierwszego kadru z gigantyczną fioletową żyrafą i latającymi wielorybami bojowymi
Girls with Slingshots Two girls, a bar and a talking cactus! Teraz serio: Hazel = ja, Jamie = eM. Kropka w kropkę.
Captain Excelsior is a lover, and a father. Probably in that order.
MARRY ME Damn cute.
No Pink Ponies Flying Mouse Man! Plus ChixComix.
Sequential Art Googly hats and the Denizens
Giselle Welcome to Hell! Visit our souvenir shop!
Amen BANGLA!* (*Ka-boom!) (pl.)
Człowiek-Szynszyla "Jeśli nie czytasz Człowieka-Szynszyli, to tak, jakby twój syn jeździł bez kasku." (pl.)
Wulffmorgenthaler 15/10 za bezczelne, niepoprawne politycznie okrucieństwo
The Movie I don't consider myself a religious person, but if you're up there - save me, Movie Man! (pl.)
Lackadaisy The bestest. Jak to możliwe, że to jest za darmo?
Fey Winds "Fey Winds is a stark, brutal portrayal of the heartbreak caused by pet dander -- no wait..."
The Meek Obłędne kolory.
Evil Diva "You see, Diva has a small problem. A goodness problem."
Bug City Lepsze niż Sin City (pl.)
Hell Hotel May Devil Cry? (pl.)
Bundz Wstawianie tutaj tego linka jest ZŁE!
They call him the Dark Lord Voldemort... Fanfiction pełne wcielonego zUa
Trino Riddle Stare, dobre, potterowe czasy

Bezedury
1416 and Counting 'According to Netflix, I’ve seen at least 1,416 movies in my lifetime, and I’m only 23.'
NEW MATH Realist = Pessimist + Good PR
Ask A Urinal Sage answers from the holiest of places. We just need to find the right questions.
TV Tropes Dowody na istnienie Systemu
Sad Trombone Porażka anyone?
Yes, I Read It. It's Still Stupid "Hi, my name is Rachel, and I’m reading Twilight..."
Orisinal Najbardziej pastelowe gry jakie istnieją
Bash Niebezpieczeństwa rozmów internetowych
Diabolic Team Ulubiona grupa filmowa - twórcy "Piątku"!
CZYŃ ZŁO! "Tylko czarne glaaaany, są naprawdę funny, bo mroczna załoga nosi je na nogach!"
Yeh yeh Dla (bleh) zakochanych. In your faces.
Śpiewające koniki Klasyk. Bum-ci-ci-bum-bum.

Moi szeksowni wielbiciele
liv Don't say shh, just walk on by
AlexN "A teraz coś z zupełnie tragicznej beczki..."
Alfabet Kobiety Nie-po-kolei
Sleeping Castles Szopa myśli nieuczesanych
Szpona i Bidzina brzydkie rozmowy Pizza, honor, ztm
Miłka Pochanke Nadrodzynie, rodzynie właściwe, podrodzynie i Miłki. Oraz kisiel!
Bidzin's blog Linkowy pierwiastek męski
Szpon "Ej nie, no to pełna kulturka..."



Layout

Wykonany przez Inez.
więcej: Szablony.blogowicz.info
Obrazek ściągnięty stąd.