We'll go to Coney
Z każdym dniem jestem coraz bardziej zmęczona. Przeszłość, najlepiej nie moja, wygląda coraz bardziej atrakcyjnie i wszystko poza moim własnym życiem, teraźniejszym i przyszłym, zawiera w sobie nutkę nieodpartego uroku, do której mam ochotę wskoczyć, jak do amerykańskiego basenu z lat 50. Wskoczyć, pogrążyć się, opaść na dno w cieple... i utonąć. Byle powoli i spokojnie.
Tagi: chwilowa niepoczytalność djkopyta 2012-04-16 04:20:21 skomentuj (2)
I care but I'm restless
Idę "moją" ulicą, obcasy (tym razem naprawdę całkowicie nieodwołalnie moje) stukają o chodnik. Przez ostatni tydzień nie wychodziłam z domu, więc moje zaskoczenie nagłym skokiem temperatury nie mija od momentu, w którym opuściłam Pałac Kazimierzowski - przed chwilą wysiadłam z autobusu i uderzyła we mnie fala zaskakująco nie-zimnego powietrza. Satysfakcja miesza się we mnie ze smutkiem.
Konferencja się udała. Fantastycznie. Wirtuozersko.
Będę tęsknić za tym miastem i jego (moimi) ludźmi tak bardzo, że czemuś we mnie chce się wyć.
Nie mogę się opędzić od żadnej z tych myśli. Mieszają mi w głowie przez całą drogę do domu, tak że moja twarz właściwie nie może się zdecydować na to, jaki wyraz powinna przyjąć. Potem myślę sobie, że...
-Masz ochotę na to, żeby złapać Mniej Psychopatyczną Połówkę za rękę, wsiąść z nim do autobusu i jeździć tak po Warszawie przez cały dzień.
Przystaję w pół kroku. Obcasy milkną. Daję sobie chwilę na ukrycie subtelnego zaskoczenia malującego się na mojej twarzy, po czym biorę lekki wdech, a lśniące czarne czubki moich butów obracają się nieznacznie. Ale niewystarczająco.
-Marianne.
-I wcale nie masz ochoty z nim rozmawiać.
-Gdzie się podziewałaś przez ostatnie pół roku?
-Tak po prostu chciałabyś z nim spełnić to swoje małe marzenie, żeby dojechać do nieznanej pętli, a potem wsiąść w kolejny autobus, którego numer nic ci nie będzie mówił i dojechać do następnego końca trasy.
-Co ty tutaj robisz?
-I tak dalej i dalej, aż w końcu słońce zajdzie, w wielorybich brzuchach zapalą się światła, a ty będziesz mogła oprzeć mu głowę na ramieniu i iść spać.
Wpatruję się w ciemność rozciągających się przede mną pól. I księżyc.
-I sądzisz, że wiesz, że to byłoby dobre.
Stoję tak jeszcze przez kilka minut. Na koniec poprawiam słuchawki, które przez cały ten czas szczelnie zakrywały mi uszy. Stawiam pierwszy krok. Na miejsce wskakuje następna piosenka.
-Alanis Morissette? Serio? - ruszam przed siebie. Nie słyszę jej, ale wiem, że idzie tuż za mną, najpierw z wahaniem, potem coraz pewniej
-Tekst pasuje. I to w całości.
-Not so short.
-Point made and taken. - Wzdycham.
-Ale nie było nic bardziej hipsterskiego? Gdybym miała wybierać swój przełomowy hymn, wolałabym, żeby nie była to Alanis Morissette, na litość boską. Może jakiś zespół, o którym nikt nie słyszał?
Odpowiada mi pełna uporu cisza. Idę dalej, mam wrażenie, że już dawno temu minęłam swój dom, ale idę dalej, czując drobniutką iskierkę jej obecności, ciasnotę opiętych jeansów z dziurą na kolanie, które z ciężkim sercem w końcu wyrzuciłam do śmieci miesiąc temu, usta obgryzające w zamyśleniu skórkę przy lewym kciuku, nieodłącznego papierosa.
I to jest właśnie moment, w którym dochodzę do wniosku, że czas zmienić swoje priorytety. Robię na szybko listę rzeczy, które są dla mnie ważne: rozwój. Utrzymanie emocji i wzruszeń. Ciągła ekspansja umysłu. Równowaga. Kilka znajomych twarzy. Poczucie bezpieczeństwa. Świadomość siebie. Zaspokajanie ambicji. Dziecko we mnie. Nowe doświadczenia, ruch. Odmienne postrzeganie rzeczywistości. Nauka przytulania. Satysfakcja z dobrze wykonanej, ciężkiej pracy. Wykorzystanie czasu, który został mi dany do maksimum. Nauka wzięcia oddechu.
Mogę tak gonić całymi dniami, ale na końcu byłoby dobrze, żebym przestała wreszcie gubić przy tym samą siebie. Po raz pierwszy od wielu, wielu, wielu dni czuję coś na kształt zadowolenia, cień sytości, i z zaskoczeniem odkrywam, że wcale nie musiałam w tym celu dokonywać cudów. Jutro rano pewnie wszystko wróci do normy, ale muszę zapamiętać ten moment, ten jeden, krótki moment, w którym wiedziałam czego chcę. Tak po prostu. Sama wymyśliłam na co mam ochotę i byłam tego pewna w stu procentach. Co z tego, że był to plan wybitnie krótkofalowy.
Uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia jak połączyć to wszystko, żeby być szczęśliwą, ale Tata K. mawia, że wiedzieć, czego się chce, to już połowa sukcesu.
Wszystkiego najlepszego z okazji 12 marca. Po raz ósmy o ile dobrze liczę.
odbierając dziś wyniki egzaminu z architektury (historia sztuki zadziwiająco satysfkacjonująca i interesująca) zakończyłam swoją trwającą bite dwa miesiące sesję.
Za miesiąc kończę pracę - razem z całą resztą zatrudnionych. Zamykają kino.
Zakwalifikowana na Erasmusa, co oznacza że prawdopodobnie we wrześniu wyjeżdżam na jeden semestr. Paryż. Ostatni tydzień upłynął mi raczej na cichym panikowaniu i walce, dziś rano wygooglowałam "Universite Paris-Descartes V" i po raz pierwszy poczułam coś na kształt ekscytacji.
Jeśli mam być szczera, czuję się trochę w zawieszeniu. Nagle zakończyło się kilka wątków, a nowe tylko czekają na to, żeby je rozpocząć. W tym wiosennym, pierwszym ciepłym dniu, czuję się trochę jakbym właśnie skończyła czytać ostatni tom jakiejś sagi, odłożyła go na półkę, a potem wyciągnęła pierwszy tom następnej. Nie mam pojęcia dlaczego, ostatecznie koniec lutego to dość dziwny moment na to, żeby był przełomowym.
Na razie jednak, nie mam siły, żeby otworzyć tę książkę. Zamiast tego pozwalam sobie na tydzień życia w zawieszeniu i jedyne dramaty, którymi zamierzam się przejmować to te dotyczące cyrku na kółkach jakim jest życie emocjonalne bohaterów "Gossip Girl".
Ach, jeszcze - moje serdeczne wyrazy współczucia dla wszystkich, którzy się dzisiaj urodzili. Przykro mi.
Tagi: niechcemisię djkopyta 2012-02-29 16:53:35 skomentuj (1)
My mind rebels at stagnation
Joanna odetchnęła ukradkowo z ulgą, kiedy piskliwe dźwięki skrzypiec dochodzące z piętra umilkły. Kolędy bożonarodzeniowe w rodzinnym gronie - tak, ale nagły powrót zainteresowania instrumentem w godzinach późnowieczornych nie spotykał się z jej entuzjazmem. Podniosła ze stołu tacę, na której spoczywał talerz z obiadem, dwa banany, szklanka wody mineralnej i tubka pastylek wspomagających koncentrację i ruszyła ostrożnie po schodach. Po dotarciu na piętro zatrzymała się przy drugich drzwiach na lewo i przyłożyła ucho do gładkiego drewna. Dwie minuty głębokiej ciszy póżniej, zapukała delikatnie.
-Natalia?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, przełożyła tacę do lewej dłoni, a prawą nacisnęła na klamkę. Wsunęła głowę do jasno oświetlonego pokoju.
Powietrze w pokoju było zatęchłe, a podłogę zaścielały papiery. Stosy wydruków uniemozliwiały swobodne przejście przez pomieszczenie i nawet łożko pokryte było warstwą pokreślonych kolorowymi flamastrami notatek. Joanna westchnęła głęboko, podeszła do biurka i postawiła tacę na najmniej chwiejnym stosie zeszytów na biurku, po czym zbliżyła się do okna i uchyliła je. Następnie odwróciła się i zmierzyła spojrzeniem kanapę na której leżała ludzka postać spowita w żółty szlafrok frotte.
-Natalia, zjedz coś.
Notatki z jednego końca kanapy poruszyły się, odsłaniając nieco wychudłą twarz młodej kobiety. Otaczała ją plątanina brązowoburych włosów, a w podkrążonych oczach wpatrzonych w sufit płonęło szaleństwo.
-Przyniosłam ci też banany, dobrze robią na myślenie.
Jedyną odpowiedzią ze strony dziewczyny na kanapie było zaciśnięcie ust.
-Może jednak pójdziesz dzisiaj wcześniej spać.
Dziewczyna zerwała się z kanapy. Dramatycznym gestem rzuciła plik papierów na pobliski stolik.
-Pani Hudson! Nie mam czasu na sen. Uczę się. - Trzema długimi krokami przmierzyła pokój, pozwalając aby poły szlafroka powiewały za nią dramatycznie. Obrzuciła tacę wraz z zawartością nieskończenie pogardliwym spojrzeniem. Jedna brew wystrzeliła do góry. Przez chwilę kontemplowała talerz w ciszy. - Ha! Banany. Wiedziałam, że to będą banany. To zawsze są banany. - Wymruczała w końcu do siebie, a na jej ustach błąkał się krzywy uśmieszek.
Ciszę przerwał dzwonek telefonu. Oczy dziewczyny zwęziły się niebezpiecznie, po czym wyłowiła telefon z kieszeni szlafroka i spojrzała na niego podejrzliwie. Westchnęła. Odrzuciła telefon i wyłowiła następny z drugiej kieszeni.
-Halo? - Joanna obserwowała jak dziewczyna zacisnęła szczęki i zaczęła cedzić przez zęby. - Tak. Nie. John, czy naprawdę musisz teraz? Po prostu wykaż się odrobiną zdrowego rozsądku, pozbądź się ich wszystkich i uczyń łatwiejszą zarówno swoją, jak i moją egzystencję. Natychmiast. Pa. - Wcisnęła komórkę z powrotem do kieszeni. Spośród kartek leżących na biurku wyłowiła ogryzek ołówka i przygryzła go, po czym chwyciła tubkę z pastylkami, wyciągnęła jedną i z krzywym uśmiechem wrzuciła ją do szklanki z wodą.
Joanna z pełną grozy fascynacją patrzyła na swoją córkę obserwującą pastylkę rozpuszczającą się w płynie z cichym sykiem. W końcu pokiwała głową i skierowała się w stronę wyjścia.
-Zjedz coś, żabko. Musisz jeść.
Dziewczyna nie dała po sobie znać, że cokolwiek usłyszała. Kiedy tylko rozległo się ciche kliknięcie zamykanych drzwi, jednym płynnym ruchem chwyciła z tacy banana i wycelowała go w przeciwległą ścianę.
-Watson, fetch me my revolver! - Wydeklamowała i udała, że strzela. Zdmuchnęła niewidzialny dym z banana, upiła łyk nadal syczącego płynu i celując ponownie w ścianę zaczęła recytować. - The Wars of the Roses between the families of Lancastrians and Yorkists began in...
czyli
nie studiujcie. A już na pewno nie podwójnie. A jeśli już studiujecie podwójnie, to nie pracujcie. Sesje bolą w mózg, który zaczyna chwytać się, czego tylko się da. Also, BBC Sherlock, polecam.
Tagi: chwilowa niepoczytalność, zgrzytanie zębami, jak nie studiować, fetch me my revolver djkopyta 2012-01-26 17:47:55 skomentuj (5)
Baba
Nie znoszę być ciężarem. Melodramatyczny wstęp, wiem, ale naprawdę, naprawdę nie znoszę być dla kogoś ciężarem. Udręką. Kłopotem. Zawadzać. Przeszkadzać. I tym podobne. Nie cierpię, kiedy sama nie wiem o co mi chodzi, a także kiedy mam pretensje bez powodu, ale nie potrafię przestać ich mieć. Przeraża mnie, kiedy poddaję się emocjom i kiedy kieruje mną coś, czego nie umiem logicznie wytłumaczyć i uzasadnić.
Podsumowując, jak to zazwyczaj powtarzam, o czym mogą zaświadczyć ci, którzy mnie znają - nienawidzę zachowywać się jak baba.
To bardzo wygodne określenie. "Zachowywać się jak baba". Być może używając go zachowuję się tak naprawdę jak męska, szowinistyczna świnia. Być może podświadomie, jak to ujęła panna Bingley, należę do tych kobiet, które deprecjonując własną płeć, szukają tym samym uznania w oczach tej drugiej. Być może, ale nie umiem znaleźć synonimu, który swoim znaczeniem pokrywałby cały ten wachlarz zachowań, którym tak głęboko w gruncie rzeczy pogardzam.
Rzecz w tym, że bardzo chciałabym być kobieca. Bycie kobietą jest pięknym przedsięwzięciem, wymagającym dużej inteligencji, dobrego smaku i mądrości, podczas gdy do zachowywania się jak baba nie potrzeba żadnych kwalifikacji. Najbardziej owłosiony z mężczyzn potrafi zachowywać się jak baba.
Osobiście ostatnio zachowuję się jak baba niemalże permanentnie. Puszczają mi nerwy, jestem jak wielki kocioł nabuzowany parą, który pęka w szwach.
Mój tata:
-Co ty ostatnio taka wiecznie wkurzona chodzisz, spokojnie! W ten sposób nie dobrniesz do końca tego stycznia, bo wcześniej sfiksujesz!
Ja:
-No wiem, wiem.
Ja w myślach:
-Dobrze, że ty ani nikt inny, tato, nie słyszy jak klnę na czym świat stoi i wyzywam od, hmm, ludzi, którzy idą przede mną powoli po schodach albo blokują mi wyjście z autobusu.
Zatem nie tylko zachowuję się jak baba, ale także jak wulgarny babsztyl.
Jak tego unikać? Cóż, w moim przypadku odpowiedź jest podobna do tej, której musiałabym udzielić na pytanie "jak nie studiować":
Nie idź na trudny, frustrujący, czaso i pracochłonny kierunek.
Nie zaczynaj równolegle drugiego czaso i pracochłonnego kierunku.
Do tego wszystkiego nie pracuj za marne pieniądze dla idei.
Nie doprowadzaj swojej Mniej Psychopatycznej Połówki do szału, bo ona jest tu po to, aby ci pomóc, podczas gdy Ty sama prosisz się o to, żeby ktoś dał Ci porządnego klapsa i wysłał do Twojego pokoju bez kolacji.
Na litość boską, jeśli już nie udało Ci się spełnić żadngo z powyższych punktów, to chociaż zorganizuj sobie lepiej czas tak, żeby spać więej niż dwie godziny na dobę.
Marzę o chwili, w której usiądę w Pochwale/Motylu/Oparach/gdziekolwiek, wypiję pierwszy łyk i będę mogła z bezpiecznym dystansem przytaknąć "tak, Nina, laski SĄ pojebane".
P.S. Zapomniałabym się pochwalić - moje grafomaństwa w liczbie dwóch wchodzą w skład antologii, która z kolei została wydana w liczbie dwustu. Co każe mi się zastanowić dlaczego właściwie na początku tego post scriptum użyłam akurat czasownika sugerującego osiągnięcie godne dumy.
Smutno mi dziś. Tylko tyle chciałam napisać. Nie bardzo stać mnie na coś lepszego. Coś dławi mnie w gardle, złapało i nie chce puścić. Jak zwykle w takich chwilach mam tylko ochotę zapalić papierosa i obserwować jak dym ulatuje w zimne niebo, może jeszcze gwizdać z najnowszym zwycięzcą plebiscytu na Smutną Piosenkę Miesiąca. Ale nie, również jak zwykle muszę robić coś idiotycznie przyziemnego, jak przygotowanie tekstu o różnicach gramatycznych we współczesnych dialektach języka angielskiego. Najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że dokładnie to zrobię. Nie będzie żadnego dramatu, bo nie tak zostałam zaprojektowana. Więc zamiast schować się pod kołdrą i patrzeć jak połyskuje w ciemności podświetlona lampką mała szklana kula na moim parapecie, założę praktyczny szlafrok frotté i przygotuję się do zajęć z socjolingwistyki. Czy ktoś to jeszcze w ogóle robi? Czy ktokolwiek z nas umie jeszcze załamać ręce, szczerze omdlewać, szlochać i zanurzać się w swoich nastrojach ignorując całkowicie wymagania życia codziennego?
Jak sobie radzili z podobnymi problemami ci wszyscy romantycy, ja nie mam pojęcia.
Seryjnie Pushing Daisies Life. Death. And life again. Najsłodszy serial świata. Skins "Fock yt." Team Chris!
Komiksy/Fanfiction Scientia Occulta Przeczytajcie i zacznijcie oddawać cześć Clayowi i kresce razem ze mną Hanna Is Not A Boy's Name To jest... to jest... tak OSOM!, że nie potrafię tego wyrazić słowami Romantically Apocalyptic He is the captain. Kukuburi Miłość od pierwszego kadru z gigantyczną fioletową żyrafą i latającymi wielorybami bojowymi Girls with Slingshots Two girls, a bar and a talking cactus! Teraz serio: Hazel = ja, Jamie = eM. Kropka w kropkę. Captain Excelsior is a lover, and a father. Probably in that order. MARRY ME Damn cute. No Pink Ponies Flying Mouse Man! Plus ChixComix. Sequential Art Googly hats and the Denizens Giselle Welcome to Hell! Visit our souvenir shop! Amen BANGLA!* (*Ka-boom!) (pl.) Człowiek-Szynszyla "Jeśli nie czytasz Człowieka-Szynszyli, to tak, jakby twój syn jeździł bez kasku." (pl.) Wulffmorgenthaler 15/10 za bezczelne, niepoprawne politycznie okrucieństwo The Movie I don't consider myself a religious person, but if you're up there - save me, Movie Man! (pl.) Lackadaisy The bestest. Jak to możliwe, że to jest za darmo? Fey Winds "Fey Winds is a stark, brutal portrayal of the heartbreak caused by pet dander -- no wait..." The Meek Obłędne kolory. Evil Diva "You see, Diva has a small problem. A goodness problem." Bug City Lepsze niż Sin City (pl.) Hell Hotel May Devil Cry? (pl.) Bundz Wstawianie tutaj tego linka jest ZŁE! They call him the Dark Lord Voldemort... Fanfiction pełne wcielonego zUa Trino Riddle Stare, dobre, potterowe czasy
Bezedury 1416 and Counting 'According to Netflix, I’ve seen at least 1,416 movies in my lifetime, and I’m only 23.' NEW MATH Realist = Pessimist + Good PR Ask A Urinal Sage answers from the holiest of places. We just need to find the right questions. TV Tropes Dowody na istnienie Systemu Sad Trombone Porażka anyone? Yes, I Read It. It's Still Stupid "Hi, my name is Rachel, and I’m reading Twilight..." Orisinal Najbardziej pastelowe gry jakie istnieją Bash Niebezpieczeństwa rozmów internetowych Diabolic Team Ulubiona grupa filmowa - twórcy "Piątku"! CZYŃ ZŁO! "Tylko czarne glaaaany, są naprawdę funny, bo mroczna załoga nosi je na nogach!" Yeh yeh Dla (bleh) zakochanych. In your faces. Śpiewające koniki Klasyk. Bum-ci-ci-bum-bum.